sobota, 19 marca 2011

Tuy Hoa

dobry wieczor:)

wczorajszy dzien okazal sie byc bardzo dlugim i obfitujacym w przygody...
wyruszylam z nha trang o 6.30...nie wiem czemu, ale spie po 4h i wystarczy...swieza rzeska ksiezniczka wskakuje na rower...oczywiscie po 2-och kilometrach swiezosc i rzeskosc przechodza do historii, a ksiezniczka zamienia sie w cuchnacego ogra...w rozowych portkach (o ironio!!) z przeceny w dechatlonie:):)

przejazd przez miasto...jak zwykle emocjonujacy...ale jak tylko zjechalam z glownej drogi- inny swiat...generalnie nuda Panie- gory chmury ocean i pola ryzowe...nieustajaco:)...ja nie moge sie napatrzec...ciagle mam wrazenie, ze to obrazki z katalogu biura podrozy. jednym slowem polecam i zapraszam:)
po drodze minelam kilka wiosek, 7 rano to pora sniadaniowa- wiec mali ludzie siedza przed domami (domkami raczej) na plastikowych fotelach (takich jak nasze tylko polowe mniejszych- nie wiem czy jestescie sobie w stanie wyobrazic jak wciskam w to swoja wielka szanowna??:):) ...gotuja i jedza...i oczywiscie zapraszaja mnie do kazdego z nich. zatrzymalam sie gdzies na koncu wioski- dostalam jajka zasmazane w ciescie z sosem ktorego skladu nie znam...niebo w gebie. (cala radosc kosztowala mnie 10 000 dongow...w przeliczeniu na polskie 1.5 pln:)

pojechalam dalej...przez nastepne 6 h...
1. wypilam w przydroznych barach w sumie ze 2 litry wody
2. 1056 razy odpowiedzialam "hello"
3. 347 razy odpowiedzialam na pytanie "where aer You from"
4. zrobilam 40 zdjec z polem ryzowym w roli glownej
5. wypocilam cala kole, wode oraz zapas ktorego nie bylam swiadoma

podroz przebiegala radosnie, az do godz. 16, kiedy okazalo sie ze z zaplanowanych kilometrow zostalo mi jeszcze 40, a przede mna gorska serpentyna. wiedzac ze o 18.00 wylaczaja swiatlo (to wciaz wprawia mnie w zdumienie 18.15 jasno 18.30 ciemnosc totalna) stwierdzilam ze ...dam rade (ja nie dam?? ja???)...podjechalam pod pierwsza gore i mysle sobie - super, teraz zjazd nadgonie...i okazalo sie, ze zjazdy sa po tej stronie skaly po ktorej wieje prosto w twarz wiatr o sile ktoraz zrzuca mnie z roweru...kolejne dwie godziny pcharower klnac na czym swiat stoi.
w okolicy nie bylo zadnego rozsadnego miesca do spania, wiec postanowilam dojechac po ciemku...i ...skonczyla mi sie bateria w gps-ie....a potem sie zgubilam....powiem szczerze....strach mnie oblecial kompletny...wyladowalam w jakiejs wsi w ktorej wypalali cegly (male ceglarnie z ogniskami- widok niesamowity, ale przez wzglad na okolicznosci przyprawial mnie o dreszcze)
po drodze zapytalam 20 osob czy mowia po angielsku...uciekali szybko:) dojechalam do rozdroza i zdesperowana usiadlam w rozpaczy...masz babo placek...i wtedy podchodzi do mnie dziewcze...i pyta, czy nie szukam hotelu..."bo u nas w wietnamie jest tak, ze nikt nie uzywa nazwy hotel":)...radosny przybytek znajdowal sie 50 metrow dalej ...padlam na twarz!:)

ciekawe jest to, ze na kazdej lampie wisi nadajnik i codziennie wieczorem nadaja audycje propagandowa (zakladam) i uspokajajaca muzyke...robi wrazenie, kiedy jedzie sie przez gory i zewszad slychac ten glos.

wczoraj zapomnialam zalozyc spodenek z pielucha...dzisiaj chodze jak james dean!:):)

hm...uciekam spac...dobranoc

1 komentarz:

  1. taaa... zapomnialem ci powiedziec, ze na podswietleniu to on zre baterie jak glupi.
    Warto zawsze miec komplet na podoredziu.

    OdpowiedzUsuń