a propos...bilety dostalam, spektakl obejrzalam...szczegolnie mnie nie powalilo ...chociaz...sciezka dzwiekowa na zywo...robi wrazenie...
cos jak to...http://www.youtube.com/watch?v=AftYN3-dbtg
piątek, 1 kwietnia 2011
hanoi dzien trzeci
slonce!!! slonce i 30 stopni!!...jest cudwnie...choc zwiedzanie miasta nie jest dla mnie szczegolna atrakcja. wczoraj wykupilam "wycieczke" do tam coc...piekne miesce w gorach...w ramach glownej atrakcji przeplyniecie lodka po rzece miedzy tarasami ryzowymi...i wszystko byloby pieknie...tylko booking office troche nas naciagnelo...i przewiozlo smrodka z widokami na gore zmieci...niezapomniane wrazenia...usmialam sie wielce:)
przy tej okazji poznalam pare z angli (koles wlasciwie byl z laosu) ktora wynajela swoj dom po to, zeby podrozowac...fajne to:) takie to rozne od mojego trzytygodniowego pedu przez wietnam....pojezdziloby sie tu troche...bardziej na zachod...w gory...ech...to na pewno nie moja ostatnia wizyta na wietnamskiej ziemi:)
caluje was wszystkich goraco...skrobne pewnie jeszcze cos jutro...ale generealnie...juz za chwileczke juz za momencik...pojawiam sie w realu!:)
przy tej okazji poznalam pare z angli (koles wlasciwie byl z laosu) ktora wynajela swoj dom po to, zeby podrozowac...fajne to:) takie to rozne od mojego trzytygodniowego pedu przez wietnam....pojezdziloby sie tu troche...bardziej na zachod...w gory...ech...to na pewno nie moja ostatnia wizyta na wietnamskiej ziemi:)
caluje was wszystkich goraco...skrobne pewnie jeszcze cos jutro...ale generealnie...juz za chwileczke juz za momencik...pojawiam sie w realu!:)
wtorek, 29 marca 2011
hanoi...natura mnie nie kocha
dzisiaj rano przy check-ucie przemila mloda dama pozazdroscila mi, ze lece do hanoi, bo tak NIE PADA!!
i rzeczywiscie ...dolecialam, wysiadlam...suche chodniki...niebo oczywiscie szarobure...ale co tam!::)
dojechalam do miasta, wysiadlam z busa...i co- leje!
wsciekla udalam sie na poszukiwania hotelu po godzinie okazalo sie zem polazla w zlym kierunku...o-ho dzien konia...ale nie...jak sie okazalo...
wsiadlam do taksowki, pokazalam panu hotel na mapie...postekal postekal i pojechal...w miedzy czasie...45 razy zglasl mu samochod...4 razy wysiadl, zeby zapytac o droge...a wkoncu zatrzymal sie na srodku skrzyzowania i mnie wysadzil...udalo mi sie jednak znalezc na ulicy wypelnionej hostelami dla backpackersow, w trzecim nie smierdzialo, wiec sie zameldowalam...dormitorium nosi wdzieczna nazwe "swingers":):) no to bedzie ubaw:)...w kuchni siedzi brodaty koles w sukience...dziwna sprawa
rano probuje z waterpuppets...will se...
aha...zapomnialabym...zamokly mi wszystykie dlugopisy...a zeszyt to kula zwilgotnialego papieru...wiec musze zapisac tutaj ...CO-CO smoothie:mango, sok z kokosa, troche soku pomaranczowego, lody waniliowe, odrobina skondensowanego mleka....mniam!!!
i rzeczywiscie ...dolecialam, wysiadlam...suche chodniki...niebo oczywiscie szarobure...ale co tam!::)
dojechalam do miasta, wysiadlam z busa...i co- leje!
wsciekla udalam sie na poszukiwania hotelu po godzinie okazalo sie zem polazla w zlym kierunku...o-ho dzien konia...ale nie...jak sie okazalo...
wsiadlam do taksowki, pokazalam panu hotel na mapie...postekal postekal i pojechal...w miedzy czasie...45 razy zglasl mu samochod...4 razy wysiadl, zeby zapytac o droge...a wkoncu zatrzymal sie na srodku skrzyzowania i mnie wysadzil...udalo mi sie jednak znalezc na ulicy wypelnionej hostelami dla backpackersow, w trzecim nie smierdzialo, wiec sie zameldowalam...dormitorium nosi wdzieczna nazwe "swingers":):) no to bedzie ubaw:)...w kuchni siedzi brodaty koles w sukience...dziwna sprawa
rano probuje z waterpuppets...will se...
aha...zapomnialabym...zamokly mi wszystykie dlugopisy...a zeszyt to kula zwilgotnialego papieru...wiec musze zapisac tutaj ...CO-CO smoothie:mango, sok z kokosa, troche soku pomaranczowego, lody waniliowe, odrobina skondensowanego mleka....mniam!!!
poniedziałek, 28 marca 2011
hue dzien drugi
nie zgadniecie...ciagle pada;):)
rano wskoczylam na mocno przemoczona, skrzeczaca rame i ruszylam w miasto...a raczej pod miasto:)
objechalam miejscowe pagody, ktore zachwycaja mnie za kazdym razem tak samo...przy drugiej wysiadl mi aparat...kolejny przegral nierowna walke z wilgocia:(:(
na marginesie...aparat wysiad totalnie, kiedy robilam zdjecie...sobie, czy to nie symptomatyczne??:)
w deszczu udalo mi sie jeszcze odwiedzic grobowiec tu duc-a i swiatynie ktorej nie bylo (okazalasie byc betonowym placem, a ja glupia biegalam po tym parku i szukalam swiatyni pod kazdym krzakiem:))
popoludniu skoczylam na bazar, ech te bazary tutaj to dopiero sa centra kultury i szkoly asertywnosci w jednym ...przypominam, z enie mam apartu, wiec nic nie zobaczycie:(..no coz pozostaje wam tu przyjechac i zobaczyc na wlasne oczy dwa pietra stoisk wypelnionych "markowymi" ciuchami...klapki z logo g-stara i podpisem gucci...bezcenne;)
najbardziej jednak lubie ta czesc z owocami, niestety ona czesto sadziaduje z rybami, co niekiedy zakloca delektowanie sie zapachem mango i ananasa;)
kolacje jadlam w znajomej juz knajpie, gdzie ucielam sobie przemila pogawedke z kelnerka. to kolejna dziewczyna, ktora w wieku lat 28 przerazona jest brakiem meza...generalnie dziewczeta nie maja tutaj zbyt kolorowo. kobiety pracuja przy budowach drog...generalnie na budowach, w polu, w knajpach...wszedzie widzi sie wykonujace ciezka robote kobiet. przedstawiciele brzydszej plci (co w wietnamie nabiera nowego znaczenia:)) w tym czasie siedza w knajpie i graja w hm..cos na ksztalt warcabow.
a propos gier na plazach graja tutaj w cos podobnego do naszej "zoski" tylko ta zoska to taki cicik z piorkiem, zakupilam- pogramy w polszy jak sie zrobi cieplo.
pozdrawiam i caluje:)
rano wskoczylam na mocno przemoczona, skrzeczaca rame i ruszylam w miasto...a raczej pod miasto:)
objechalam miejscowe pagody, ktore zachwycaja mnie za kazdym razem tak samo...przy drugiej wysiadl mi aparat...kolejny przegral nierowna walke z wilgocia:(:(
na marginesie...aparat wysiad totalnie, kiedy robilam zdjecie...sobie, czy to nie symptomatyczne??:)
w deszczu udalo mi sie jeszcze odwiedzic grobowiec tu duc-a i swiatynie ktorej nie bylo (okazalasie byc betonowym placem, a ja glupia biegalam po tym parku i szukalam swiatyni pod kazdym krzakiem:))
popoludniu skoczylam na bazar, ech te bazary tutaj to dopiero sa centra kultury i szkoly asertywnosci w jednym ...przypominam, z enie mam apartu, wiec nic nie zobaczycie:(..no coz pozostaje wam tu przyjechac i zobaczyc na wlasne oczy dwa pietra stoisk wypelnionych "markowymi" ciuchami...klapki z logo g-stara i podpisem gucci...bezcenne;)
najbardziej jednak lubie ta czesc z owocami, niestety ona czesto sadziaduje z rybami, co niekiedy zakloca delektowanie sie zapachem mango i ananasa;)
kolacje jadlam w znajomej juz knajpie, gdzie ucielam sobie przemila pogawedke z kelnerka. to kolejna dziewczyna, ktora w wieku lat 28 przerazona jest brakiem meza...generalnie dziewczeta nie maja tutaj zbyt kolorowo. kobiety pracuja przy budowach drog...generalnie na budowach, w polu, w knajpach...wszedzie widzi sie wykonujace ciezka robote kobiet. przedstawiciele brzydszej plci (co w wietnamie nabiera nowego znaczenia:)) w tym czasie siedza w knajpie i graja w hm..cos na ksztalt warcabow.
a propos gier na plazach graja tutaj w cos podobnego do naszej "zoski" tylko ta zoska to taki cicik z piorkiem, zakupilam- pogramy w polszy jak sie zrobi cieplo.
pozdrawiam i caluje:)
niedziela, 27 marca 2011
hue
dzien dobry...zimno tu ciemno i mokro..ale nadal egzotycznie:)
mama cos pisze, a trzesieniach ziemi ...i chmurze radioaktywnej...nic nie zauwazylam:)
beztrosko przemiezam wietnamskie wybrzeze...moze nie tak bezrtosko, bo wczoraj przejechalam 100 km w deszczu z wiatrem w twarz- ku uciesze kierowcow ciezarowek - ktorzy pozdrawiali mnie szerokimi usmiechami:)
wietnamczycy sa bardzo zroznicowani...wystarczy wyjechac poza miasto i ma sie do czynienia z bardzo milymi, pomocnymi i usmiechnietymi ludzmi. w turystycznych miejscowosciach- jest zupelnie inaczej:)
to zroznicowanie przeklada sie rowniez na rejon- ludzie z poludnia sa bardziej otwarci i radosni- im dalej na polnoc tym ciezej do nich dotrzec. choc oczywiscie generalizuje na podstawie powierzchownych obserwacji..ale zawsze;)
bardzo jestem ciekawa tych rejonow po lewej- gorskiej stronie wietnamu...na pewno tu wroce:)
a tymczasem spadam na obiad i spotkac sie z Grzeskiem- okazalo sie ze mieszka dwie ulice dalej:)
paaa
mama cos pisze, a trzesieniach ziemi ...i chmurze radioaktywnej...nic nie zauwazylam:)
beztrosko przemiezam wietnamskie wybrzeze...moze nie tak bezrtosko, bo wczoraj przejechalam 100 km w deszczu z wiatrem w twarz- ku uciesze kierowcow ciezarowek - ktorzy pozdrawiali mnie szerokimi usmiechami:)
wietnamczycy sa bardzo zroznicowani...wystarczy wyjechac poza miasto i ma sie do czynienia z bardzo milymi, pomocnymi i usmiechnietymi ludzmi. w turystycznych miejscowosciach- jest zupelnie inaczej:)
to zroznicowanie przeklada sie rowniez na rejon- ludzie z poludnia sa bardziej otwarci i radosni- im dalej na polnoc tym ciezej do nich dotrzec. choc oczywiscie generalizuje na podstawie powierzchownych obserwacji..ale zawsze;)
bardzo jestem ciekawa tych rejonow po lewej- gorskiej stronie wietnamu...na pewno tu wroce:)
a tymczasem spadam na obiad i spotkac sie z Grzeskiem- okazalo sie ze mieszka dwie ulice dalej:)
paaa
piątek, 25 marca 2011
danang
dzien dobry....oglaszam wszem i wobec, ze jak tylko wroce zakupie miekkie zelowe siodelko!!!...to mowilam ja Kwadratowa Dupa:)
środa, 23 marca 2011
jak tu wlasciwie jest
w odpowiedzi na zadania, postaram sie napisac kilka slow o tym, co mnie zaskakuje, jest inne...
otoz inne jest....wszystko:)
miedzy polska a wietnamem jest olbrzymia przepasc kulturowa
i szczerze mowiac pierwsze kilka dni byly dla mnie z tego powodu dosyc trudne...zreszta nie tylko dla mnie polay ktorych spotkalam potwornie narzekali na to, ze wietnamczycy sa chciwi glupi i zlosliwi...i ze to straszny kraj...:) wielu ucieka do laosu, kambodzy...moim zdaniem wystarczy tylko troche czasu.
JEDZENIE
mistrzostwo...cokolwiek nie zamowilam bylo absolutnie pyszne...obiad w najbardziej obskurnym barze smakowal zawsze doskonale- zazwyczaj nie wiem co jem...ale staram sie nad tym nie zastanawiac skupiam sie wylacznie na smakach...a sa one zupelnie inne niz cokolwiek co do tej pory spotkalam.
zupa PHO...numer 1 na mojej liscie!! jada sie ja na sniadanie i kolacje...sluzy tez jako przekaska...wystepuje w milionie wariantow i kazdy jest PYCHA!...
najwiekszy blad spozywczy jaki mozna popelnic? zamowic zachodnie zarcie (troche sie jednak teskni...ile mozna wypelniac sie ryzem i noodlami). zrobilam ten blad dwa razy- raz wymarzylam sobie luksusowe sniadanie w moim dniu restu w hotelowym menu znalazlam sniadanie w postaci tostow z dzemem i miodem...zamowilam! jakiez bylo moje zdziwienie kiedy na talerzu wyladowaly dwie kromki pieczywa tostowego (nie przypieczone, po prostu- chleb tostowy na miekko) sklejone wartwa dzemu a obok w misce lyzka sztucznego miodu...zdjadlam...i poszlam na PHO:)
przy innej okazji poszlam w spaghetti...i tutaj nie ma o czym nawet mowic...fu!
gdybyscie chcieli tu kiedys przyjechac- mozna zafundowac sobie jedno lub kilkudniowy kurs gotowania- ponoc fajne doswiadczenie. coz...co kto lubi, wole koncentrowac sie na konsumpcji:)
aha...w lonlejce wyczytalam, ze kulturalnie jest nie dojesc wszystkiego do konca...nie jestem w stanie:)
no dobra...zmeczylam sie...kolejny post....ludzie:)
otoz inne jest....wszystko:)
miedzy polska a wietnamem jest olbrzymia przepasc kulturowa
i szczerze mowiac pierwsze kilka dni byly dla mnie z tego powodu dosyc trudne...zreszta nie tylko dla mnie polay ktorych spotkalam potwornie narzekali na to, ze wietnamczycy sa chciwi glupi i zlosliwi...i ze to straszny kraj...:) wielu ucieka do laosu, kambodzy...moim zdaniem wystarczy tylko troche czasu.
JEDZENIE
mistrzostwo...cokolwiek nie zamowilam bylo absolutnie pyszne...obiad w najbardziej obskurnym barze smakowal zawsze doskonale- zazwyczaj nie wiem co jem...ale staram sie nad tym nie zastanawiac skupiam sie wylacznie na smakach...a sa one zupelnie inne niz cokolwiek co do tej pory spotkalam.
zupa PHO...numer 1 na mojej liscie!! jada sie ja na sniadanie i kolacje...sluzy tez jako przekaska...wystepuje w milionie wariantow i kazdy jest PYCHA!...
najwiekszy blad spozywczy jaki mozna popelnic? zamowic zachodnie zarcie (troche sie jednak teskni...ile mozna wypelniac sie ryzem i noodlami). zrobilam ten blad dwa razy- raz wymarzylam sobie luksusowe sniadanie w moim dniu restu w hotelowym menu znalazlam sniadanie w postaci tostow z dzemem i miodem...zamowilam! jakiez bylo moje zdziwienie kiedy na talerzu wyladowaly dwie kromki pieczywa tostowego (nie przypieczone, po prostu- chleb tostowy na miekko) sklejone wartwa dzemu a obok w misce lyzka sztucznego miodu...zdjadlam...i poszlam na PHO:)
przy innej okazji poszlam w spaghetti...i tutaj nie ma o czym nawet mowic...fu!
gdybyscie chcieli tu kiedys przyjechac- mozna zafundowac sobie jedno lub kilkudniowy kurs gotowania- ponoc fajne doswiadczenie. coz...co kto lubi, wole koncentrowac sie na konsumpcji:)
aha...w lonlejce wyczytalam, ze kulturalnie jest nie dojesc wszystkiego do konca...nie jestem w stanie:)
no dobra...zmeczylam sie...kolejny post....ludzie:)
hoi an
czesc,
w strugach deszczu dojechalam do tego cholernego kurortu:) samo miasto urokliwe, mnostwo starych drewnianych domow...ktore byc moze sfotografuje- jezeli tylko CHOC NA CHWILE (!!!) przestanie padac:):) jezeli chodzi o pogode to zdaje sie, ze im wyzej- tym bedzie gorzej...
hoi an wypelnione jest turystami...co wyzwala w miescowych (mam o wietnamczykach jak najlepsze zdanie) dzika zadze pieniadza:(...w skrocie- tlumnie, drogo i plastikowo:)
a propos pogody na wyprawe rowerowa...z mojego (podkreslmy to krotkiego) doswiadczenia wynika, ze nigdy nie jest odpowiednia
1. za goraco
2.zbyt slonecznie
3. zbyt wietrznie
4. za zimno
5. deszczowo
ale kazda z powyzszych opcji niesie za soba wyzwania, z ktorymi rowerzysta radzi sobie w rozny sosob.
dzisiaj jak zmokla kura dojechalam do przydroznej knajpy co by sie ogrzac zupa (o zarcu bedzie pozniej, ale powiem wam, ze PHO rzadzi!!!) - jedna z dziewczyn wsiadla na skuter i czem predzej zakupila dla mnie peleryne przeciwdeszczowa...kontynuowalam wycieczke w tej wielkiej reklamowce, ktora podarla sie po 3 kilometrach:)
ale nie o tym nie o tym...docieraja do mnie glosy...ze nie pisze niczego o tym jak tu wlasciwie jest...zatem nastepny wpis wlasnie temu poswiece....a kolejny temu, ze nie cierpie pisac bloga!!!:):) ...to ostatni raz!:)
w strugach deszczu dojechalam do tego cholernego kurortu:) samo miasto urokliwe, mnostwo starych drewnianych domow...ktore byc moze sfotografuje- jezeli tylko CHOC NA CHWILE (!!!) przestanie padac:):) jezeli chodzi o pogode to zdaje sie, ze im wyzej- tym bedzie gorzej...
hoi an wypelnione jest turystami...co wyzwala w miescowych (mam o wietnamczykach jak najlepsze zdanie) dzika zadze pieniadza:(...w skrocie- tlumnie, drogo i plastikowo:)
a propos pogody na wyprawe rowerowa...z mojego (podkreslmy to krotkiego) doswiadczenia wynika, ze nigdy nie jest odpowiednia
1. za goraco
2.zbyt slonecznie
3. zbyt wietrznie
4. za zimno
5. deszczowo
ale kazda z powyzszych opcji niesie za soba wyzwania, z ktorymi rowerzysta radzi sobie w rozny sosob.
dzisiaj jak zmokla kura dojechalam do przydroznej knajpy co by sie ogrzac zupa (o zarcu bedzie pozniej, ale powiem wam, ze PHO rzadzi!!!) - jedna z dziewczyn wsiadla na skuter i czem predzej zakupila dla mnie peleryne przeciwdeszczowa...kontynuowalam wycieczke w tej wielkiej reklamowce, ktora podarla sie po 3 kilometrach:)
ale nie o tym nie o tym...docieraja do mnie glosy...ze nie pisze niczego o tym jak tu wlasciwie jest...zatem nastepny wpis wlasnie temu poswiece....a kolejny temu, ze nie cierpie pisac bloga!!!:):) ...to ostatni raz!:)
niedziela, 20 marca 2011
quy nhon
czesc,
siedze okrakiem na taborecie, ale dzisiaj bylo super. chociaz trasa jak roller coaster: gora-dol- gora- dol...tyle ze skrecilam z glownej trasy i jechalam droga nad samym morzem.
jutro mam dzien restu wiec moze zmusze sie i cos wiecej napisze....padam na twarz. dobranoc;)
siedze okrakiem na taborecie, ale dzisiaj bylo super. chociaz trasa jak roller coaster: gora-dol- gora- dol...tyle ze skrecilam z glownej trasy i jechalam droga nad samym morzem.
jutro mam dzien restu wiec moze zmusze sie i cos wiecej napisze....padam na twarz. dobranoc;)
sobota, 19 marca 2011
Tuy Hoa
dobry wieczor:)
wczorajszy dzien okazal sie byc bardzo dlugim i obfitujacym w przygody...
wyruszylam z nha trang o 6.30...nie wiem czemu, ale spie po 4h i wystarczy...swieza rzeska ksiezniczka wskakuje na rower...oczywiscie po 2-och kilometrach swiezosc i rzeskosc przechodza do historii, a ksiezniczka zamienia sie w cuchnacego ogra...w rozowych portkach (o ironio!!) z przeceny w dechatlonie:):)
przejazd przez miasto...jak zwykle emocjonujacy...ale jak tylko zjechalam z glownej drogi- inny swiat...generalnie nuda Panie- gory chmury ocean i pola ryzowe...nieustajaco:)...ja nie moge sie napatrzec...ciagle mam wrazenie, ze to obrazki z katalogu biura podrozy. jednym slowem polecam i zapraszam:)
po drodze minelam kilka wiosek, 7 rano to pora sniadaniowa- wiec mali ludzie siedza przed domami (domkami raczej) na plastikowych fotelach (takich jak nasze tylko polowe mniejszych- nie wiem czy jestescie sobie w stanie wyobrazic jak wciskam w to swoja wielka szanowna??:):) ...gotuja i jedza...i oczywiscie zapraszaja mnie do kazdego z nich. zatrzymalam sie gdzies na koncu wioski- dostalam jajka zasmazane w ciescie z sosem ktorego skladu nie znam...niebo w gebie. (cala radosc kosztowala mnie 10 000 dongow...w przeliczeniu na polskie 1.5 pln:)
pojechalam dalej...przez nastepne 6 h...
1. wypilam w przydroznych barach w sumie ze 2 litry wody
2. 1056 razy odpowiedzialam "hello"
3. 347 razy odpowiedzialam na pytanie "where aer You from"
4. zrobilam 40 zdjec z polem ryzowym w roli glownej
5. wypocilam cala kole, wode oraz zapas ktorego nie bylam swiadoma
podroz przebiegala radosnie, az do godz. 16, kiedy okazalo sie ze z zaplanowanych kilometrow zostalo mi jeszcze 40, a przede mna gorska serpentyna. wiedzac ze o 18.00 wylaczaja swiatlo (to wciaz wprawia mnie w zdumienie 18.15 jasno 18.30 ciemnosc totalna) stwierdzilam ze ...dam rade (ja nie dam?? ja???)...podjechalam pod pierwsza gore i mysle sobie - super, teraz zjazd nadgonie...i okazalo sie, ze zjazdy sa po tej stronie skaly po ktorej wieje prosto w twarz wiatr o sile ktoraz zrzuca mnie z roweru...kolejne dwie godziny pcharower klnac na czym swiat stoi.
w okolicy nie bylo zadnego rozsadnego miesca do spania, wiec postanowilam dojechac po ciemku...i ...skonczyla mi sie bateria w gps-ie....a potem sie zgubilam....powiem szczerze....strach mnie oblecial kompletny...wyladowalam w jakiejs wsi w ktorej wypalali cegly (male ceglarnie z ogniskami- widok niesamowity, ale przez wzglad na okolicznosci przyprawial mnie o dreszcze)
po drodze zapytalam 20 osob czy mowia po angielsku...uciekali szybko:) dojechalam do rozdroza i zdesperowana usiadlam w rozpaczy...masz babo placek...i wtedy podchodzi do mnie dziewcze...i pyta, czy nie szukam hotelu..."bo u nas w wietnamie jest tak, ze nikt nie uzywa nazwy hotel":)...radosny przybytek znajdowal sie 50 metrow dalej ...padlam na twarz!:)
ciekawe jest to, ze na kazdej lampie wisi nadajnik i codziennie wieczorem nadaja audycje propagandowa (zakladam) i uspokajajaca muzyke...robi wrazenie, kiedy jedzie sie przez gory i zewszad slychac ten glos.
wczoraj zapomnialam zalozyc spodenek z pielucha...dzisiaj chodze jak james dean!:):)
hm...uciekam spac...dobranoc
wczorajszy dzien okazal sie byc bardzo dlugim i obfitujacym w przygody...
wyruszylam z nha trang o 6.30...nie wiem czemu, ale spie po 4h i wystarczy...swieza rzeska ksiezniczka wskakuje na rower...oczywiscie po 2-och kilometrach swiezosc i rzeskosc przechodza do historii, a ksiezniczka zamienia sie w cuchnacego ogra...w rozowych portkach (o ironio!!) z przeceny w dechatlonie:):)
przejazd przez miasto...jak zwykle emocjonujacy...ale jak tylko zjechalam z glownej drogi- inny swiat...generalnie nuda Panie- gory chmury ocean i pola ryzowe...nieustajaco:)...ja nie moge sie napatrzec...ciagle mam wrazenie, ze to obrazki z katalogu biura podrozy. jednym slowem polecam i zapraszam:)
po drodze minelam kilka wiosek, 7 rano to pora sniadaniowa- wiec mali ludzie siedza przed domami (domkami raczej) na plastikowych fotelach (takich jak nasze tylko polowe mniejszych- nie wiem czy jestescie sobie w stanie wyobrazic jak wciskam w to swoja wielka szanowna??:):) ...gotuja i jedza...i oczywiscie zapraszaja mnie do kazdego z nich. zatrzymalam sie gdzies na koncu wioski- dostalam jajka zasmazane w ciescie z sosem ktorego skladu nie znam...niebo w gebie. (cala radosc kosztowala mnie 10 000 dongow...w przeliczeniu na polskie 1.5 pln:)
pojechalam dalej...przez nastepne 6 h...
1. wypilam w przydroznych barach w sumie ze 2 litry wody
2. 1056 razy odpowiedzialam "hello"
3. 347 razy odpowiedzialam na pytanie "where aer You from"
4. zrobilam 40 zdjec z polem ryzowym w roli glownej
5. wypocilam cala kole, wode oraz zapas ktorego nie bylam swiadoma
podroz przebiegala radosnie, az do godz. 16, kiedy okazalo sie ze z zaplanowanych kilometrow zostalo mi jeszcze 40, a przede mna gorska serpentyna. wiedzac ze o 18.00 wylaczaja swiatlo (to wciaz wprawia mnie w zdumienie 18.15 jasno 18.30 ciemnosc totalna) stwierdzilam ze ...dam rade (ja nie dam?? ja???)...podjechalam pod pierwsza gore i mysle sobie - super, teraz zjazd nadgonie...i okazalo sie, ze zjazdy sa po tej stronie skaly po ktorej wieje prosto w twarz wiatr o sile ktoraz zrzuca mnie z roweru...kolejne dwie godziny pcharower klnac na czym swiat stoi.
w okolicy nie bylo zadnego rozsadnego miesca do spania, wiec postanowilam dojechac po ciemku...i ...skonczyla mi sie bateria w gps-ie....a potem sie zgubilam....powiem szczerze....strach mnie oblecial kompletny...wyladowalam w jakiejs wsi w ktorej wypalali cegly (male ceglarnie z ogniskami- widok niesamowity, ale przez wzglad na okolicznosci przyprawial mnie o dreszcze)
po drodze zapytalam 20 osob czy mowia po angielsku...uciekali szybko:) dojechalam do rozdroza i zdesperowana usiadlam w rozpaczy...masz babo placek...i wtedy podchodzi do mnie dziewcze...i pyta, czy nie szukam hotelu..."bo u nas w wietnamie jest tak, ze nikt nie uzywa nazwy hotel":)...radosny przybytek znajdowal sie 50 metrow dalej ...padlam na twarz!:)
ciekawe jest to, ze na kazdej lampie wisi nadajnik i codziennie wieczorem nadaja audycje propagandowa (zakladam) i uspokajajaca muzyke...robi wrazenie, kiedy jedzie sie przez gory i zewszad slychac ten glos.
wczoraj zapomnialam zalozyc spodenek z pielucha...dzisiaj chodze jak james dean!:):)
hm...uciekam spac...dobranoc
czwartek, 17 marca 2011
nha trang
cholera nic tu nie napisze tyle sie dzieje...w mojej samotnej podrozy spedzam czas bardzo towarzystko:)
przewija sie mnostwo ludzi...
ale do rzeczy...wczoraj zlapalam nocny pociag do "tu" i o 6 rano wyladowalam w nha trang.
na marginesie "pkp" to ekstremalny luksus!:)
ale widoki zapieraly dech w piersiach (a moze to ten przyciasny rowerowy stanik??:)
gory tonace w gestej mgle, pola ryzowe i zurawie (czy inne talatajstwo) ...pieknie panie pieknie;):):)
samo nha trang jest troche jak sopot pelno turystow...ale przyjazna atmosfera i wietnamczycy zupelnie inni niz w sajgonie...super jest:) nie bede sie wdawac w szczegoly- pokaze i opowiem jak wroce:)
z ekstremalnych doznan ...poszlam na obiad ...byl pyszny...ale tak ostry, zalalam sie lzami i wydyszalam ...kole ale juz!!!!!!!!!!!!....dopiero sok z kokosa okazal sie lagodzacy:):)
tak na marginesie owoce sa tutaj asbsolutnie genialne!!!! nie rozrozniam nazw...poza kokosem i melonem reszty nie kojarze...ale wszystkie sa pyszne na maksa!!
ide spac....jutro mam nadzieje napisac juz z innego miasta.
trzymajcie kciuki.
calusy!;)
przewija sie mnostwo ludzi...
ale do rzeczy...wczoraj zlapalam nocny pociag do "tu" i o 6 rano wyladowalam w nha trang.
na marginesie "pkp" to ekstremalny luksus!:)
ale widoki zapieraly dech w piersiach (a moze to ten przyciasny rowerowy stanik??:)
gory tonace w gestej mgle, pola ryzowe i zurawie (czy inne talatajstwo) ...pieknie panie pieknie;):):)
samo nha trang jest troche jak sopot pelno turystow...ale przyjazna atmosfera i wietnamczycy zupelnie inni niz w sajgonie...super jest:) nie bede sie wdawac w szczegoly- pokaze i opowiem jak wroce:)
z ekstremalnych doznan ...poszlam na obiad ...byl pyszny...ale tak ostry, zalalam sie lzami i wydyszalam ...kole ale juz!!!!!!!!!!!!....dopiero sok z kokosa okazal sie lagodzacy:):)
tak na marginesie owoce sa tutaj asbsolutnie genialne!!!! nie rozrozniam nazw...poza kokosem i melonem reszty nie kojarze...ale wszystkie sa pyszne na maksa!!
ide spac....jutro mam nadzieje napisac juz z innego miasta.
trzymajcie kciuki.
calusy!;)
nha trang...a moze sopot...:)
czesc:)
zyje zyje...ino zalogowac sie nie moglam...internet jest wszedzie...tylko co z tego:)
no coz sajgon nie zrobil na mnie szczegolnego wrazenia. moze po trosze dlatego, ze nie czulam sie tam bezpiecznie.
ale chronologicznie:
1. kupno pompki okazalo sie znacznym wyzwaniem...w koncu jakis uprzejmy maly czlowiek zaproponowal pomoc...posadzil mnie na bagazniku swojego roweru i ...pojechalismy...mlodzieniec byl garbaty a i bez tego siegal mi do pasa:) jednym slowem slon udzwignal mrowke...nawet wietnamczycy sie z nas smiali, a niewiele ich dziwi:):):)
w 45 budzie z odkurzaczami jeden koles mial czego potrzebowalam alemoj nowy "przyjaciel" wynegocjowal cene w przeliczeniu 100pln..wiec oikazalam brak zainteresowania i odeszlam.
szybko zorientowalam sie, ze pomoc kolegi nie plynela z serca....po krotkich acz glosnych transakcjach dalam bu cztery baksy i zlorzeczacz pod nosem ucieklam
po pomke wrocilam godzine pozniej i zaplacilam 15 zyla...zycie to dzungla!:))::)
zyje zyje...ino zalogowac sie nie moglam...internet jest wszedzie...tylko co z tego:)
no coz sajgon nie zrobil na mnie szczegolnego wrazenia. moze po trosze dlatego, ze nie czulam sie tam bezpiecznie.
ale chronologicznie:
1. kupno pompki okazalo sie znacznym wyzwaniem...w koncu jakis uprzejmy maly czlowiek zaproponowal pomoc...posadzil mnie na bagazniku swojego roweru i ...pojechalismy...mlodzieniec byl garbaty a i bez tego siegal mi do pasa:) jednym slowem slon udzwignal mrowke...nawet wietnamczycy sie z nas smiali, a niewiele ich dziwi:):):)
w 45 budzie z odkurzaczami jeden koles mial czego potrzebowalam alemoj nowy "przyjaciel" wynegocjowal cene w przeliczeniu 100pln..wiec oikazalam brak zainteresowania i odeszlam.
szybko zorientowalam sie, ze pomoc kolegi nie plynela z serca....po krotkich acz glosnych transakcjach dalam bu cztery baksy i zlorzeczacz pod nosem ucieklam
po pomke wrocilam godzine pozniej i zaplacilam 15 zyla...zycie to dzungla!:))::)
poniedziałek, 14 marca 2011
2, hochiminh
40 stopni, plyne...tloczno i halasliwie- uciekam stad jak tylko kupia pompke!!:)
z sukcesow- zlozylam rower...z tego miejsca dziekuje grzeskowi z t-bike. baltazar- tobie podziekuje jak zalicze pierwsza gume!:)
calusy
z sukcesow- zlozylam rower...z tego miejsca dziekuje grzeskowi z t-bike. baltazar- tobie podziekuje jak zalicze pierwsza gume!:)
calusy
niedziela, 13 marca 2011
1; hanoi
no to jestem!
po pierwsze...tu wcale nie ma slonca, po drugie nikt nie jezdzi na rowerach...moze tylko panie, ktore traktuja pojazd jak stoisko do sprzedazy WSZYSTKIEGO od sznurowek po klapki kubota!:)
zgadza sie tylko wilgotnosc....mam nieustajace wrazenie...lepkosci;)
ruch uliczny naprawde robi wrazenie, ulice sa zatloczone przez skutery, na ktorych jezdza wszyscy bez wzgledu na wiek, rodzina z trojgiem dzieci, matka z niemowleciem, dwoch chlopcow....z lodowka!:)
znaki drogowe zastepuje klakson, obowiazuje zasada kto sie wcisnie pierwszy:) i nikt sie nie denerwuje...
to takie pierwsze wrazenia...a teraz uciekam spac, bo jutro spadam do sajgonu.
buzka
po pierwsze...tu wcale nie ma slonca, po drugie nikt nie jezdzi na rowerach...moze tylko panie, ktore traktuja pojazd jak stoisko do sprzedazy WSZYSTKIEGO od sznurowek po klapki kubota!:)
zgadza sie tylko wilgotnosc....mam nieustajace wrazenie...lepkosci;)
ruch uliczny naprawde robi wrazenie, ulice sa zatloczone przez skutery, na ktorych jezdza wszyscy bez wzgledu na wiek, rodzina z trojgiem dzieci, matka z niemowleciem, dwoch chlopcow....z lodowka!:)
znaki drogowe zastepuje klakson, obowiazuje zasada kto sie wcisnie pierwszy:) i nikt sie nie denerwuje...
to takie pierwsze wrazenia...a teraz uciekam spac, bo jutro spadam do sajgonu.
buzka
sobota, 12 marca 2011
poniedziałek, 31 stycznia 2011
szefowa
HA!!!!własnoręcznie zdjęłam koło, wyciągnęłam dętkę, przedziurawiłam ją, schowałam dziurę, znalazłam dziurę...i zakleiłam!!! ktoś sobie życzy szkolonko- zapraszam:)
i z tego o to miejsca wielkie podzięki dla Baltazara za dzielenie się cenną wiedzą:):))
rozpoczęłam sezon rowery...i zaliczyłam żenujący upadek z finałowym ślizgiem na lewym pośladzie...odkrycie...na rowerze zimą jest CIEPŁO....już nie zsiadam!:)
i z tego o to miejsca wielkie podzięki dla Baltazara za dzielenie się cenną wiedzą:):))
rozpoczęłam sezon rowery...i zaliczyłam żenujący upadek z finałowym ślizgiem na lewym pośladzie...odkrycie...na rowerze zimą jest CIEPŁO....już nie zsiadam!:)
środa, 26 stycznia 2011
53 dni
Cześć,
nie pojawiam się tutaj- przepraszam, ale przygotowania trwają i jeszcze się nie rozmyśliłam:)
w panice staram się ogarnąć listę spraw do załatwienia i zajęłam się też paszportem ...w moim przypadku to kluczowa kwestia, więc poświęcę temu oddzielny wpis:)
a dzisiaj dogrzebałam się do fajnego bloga o rowerowym podróżowaniu, polecam zainteresowanym http://www.mrpumpy.net/
a tu wycinek szczególnie mnie interesujący...
Is it safe for a woman to cycle alone?
Depending on where you go, and how you do it, cycling is very safe for women in Asia.
I've never heard of a woman on a bike being attacked in Asia. Having said that, naturally, as a woman it pays to stay attentive and not take unwarranted risks.
The biggest worry for women cyclists, as it is with women backpacking through Asia, are the social hassles; unwanted, annoying local males, and the basic drill for keeping such things to a minimum is the same for both modes of travel.
Wear modest clothes as much as possible. Make sure your tee-shirt or shirt is loose fitting and doesn't show too much flesh. Think about having a pair of loose, cotton Indian pants to cycle in/change into when you think it's appropriate.
It pays to act conservatively in public so as not encourage the misguided local view of Western women as 'brazen sex maniacs'. What's perfectly normal at home may startle the locals.
How do the locals view Western women? Now, before I get a flurry of flame males from my outraged Western cycling sisters, give me a little space here to lay down the facts as I see them, and it may be of some help.
Speaking very broadly, Western women don't have a good reputation in Asia. The basic negative, uneducated, view of Western women is one of young bodies cavorting around Asia, sleeping with anything in pants, showing off a lot of skin, drinking, taking drugs, talking loudly, swearing, making jerky movements and generally inflaming the passions of the local males.
The mother of my good Thai friend, Suda (a woman), once said to her: "Oh, those Western women, they've just gotta have it all the time!"
Suda, who used to live in Australia, naturally replied: "Wh-at?!" Her mother went on to explain that really, she didn't have a problem with this, it was just the way Western women were. Hmm, very liberal of Suda's mother, however misguided.
Even swimming in a full, one piece bathing suit is considered bad taste for women in Cambodia. So short of taking a dip in full chador, you're scarlet in the eyes of the local population.
Remember that besides a very conservative culture, you are also dealing with people who have probably not travelled out side their own home country, and may not have read or seen anything that is not in their newspapers or on their TVs. This limits the breadth of understanding severely.
On the other hand, within the local cultural context, some of this negative view is warranted. In Thailand, for example, Westerners often go ape in some beach resort areas, walk into monasteries in low cut tops and sit around in public, in shorts, with their arms around their boyfriend. Trust me, the local women are watching and are taking note.
It's no use saying: "Oh, I've seen local women do much worse!" These local women, also, are borderlined by the mainstream.
One of the most interesting cases I've seen was on a train in Sri Lanka travelling up through the mountains. A young twenty something Belgian girl got on, wearing a T-shirt and loose conservative short pants. So far so good.
She was travelling with her boyfreind, both well scrubbed, fresh faced, well meaning looking tourists. Honest, conservative, caring looking young folk, probably planning on getting married and having 2.4 children, much to the delight of the grand parents back home. OK, we're looking good!
With her boyfriend, and sat down opposite. The carriage was crowded with families, going off to visit relatives and enjoying a religious holiday.
For most of the trip the belgian girl sat
cally, Asia is very conservative and "proper" Asain female behaviour means no extra skin on show: no shorts or low cut tops. The correct body language is demure: no crossed legs and no jerky movements (which enflame the male!)
Serious assaults. Assaults on women tourists in Asia have been known to happen, and you can simply be in the wrong place at the wrong time. The few serious assaults I've read about have either happened in the heavy tourist spots associated with drugs and alcohol, or way off in the 'jungle' regions where the women have gotten very isolated.
The lesson here is to not stray too far off the beaten track alone. Stick to the main routes where there's enough cars going past to every now and then to add a little security in numbers.
Camping out or a hotel? As a woman cycling alone I would take care to not sleep out in a tent at night, or doss-down in a disused building of any sort.
My rule would be to make it to the next hotel, or family house, without fail, each night. This is not at all difficult to do in Asia, and in all my own ten years of riding Southeast Asia I never been caught out.
The Canadian experience. Some years back I met a Canadian woman cycling alone in southern Thailand, after which we cycled together for a few days up to Bangkok. She said her experience alone had been on the whole 'very good'. At the same time, she was happy to have a guy to cycle with, if only to ward off the curious local male approaches she sometimes encountered.
The local women. As a woman, whatever hassles you do encounter, will be compensated to some degree by the attention the Asian women will give you - you'll be invited into their houses and made to feel extremely welcome, something that is not my experience as a male cyclist.
The local women will also immediately come to your aid should there be any trouble. Their views of Western women notwithstanding, they have no illusions about their own men folk.
Which country is safest? Thailand, Cambodia, Malaysia, Singapore and Vietnam are very safe and relatively hassle free.
Parts of Indonesia can be a socially uncomfortable. The 'young, frustrated, Muslim man' factor can be a pain for Western women.
Laos is very safe and easy along the main routes, but may be dicey way out in the northern hill areas, where reports of bandits and thieves still come in.
Peep holes. Some places seem to be big on peep holes into hotel rooms. I hate to say it, but some Muslim
nie pojawiam się tutaj- przepraszam, ale przygotowania trwają i jeszcze się nie rozmyśliłam:)
w panice staram się ogarnąć listę spraw do załatwienia i zajęłam się też paszportem ...w moim przypadku to kluczowa kwestia, więc poświęcę temu oddzielny wpis:)
a dzisiaj dogrzebałam się do fajnego bloga o rowerowym podróżowaniu, polecam zainteresowanym http://www.mrpumpy.net/
a tu wycinek szczególnie mnie interesujący...
Is it safe for a woman to cycle alone?
Depending on where you go, and how you do it, cycling is very safe for women in Asia.
I've never heard of a woman on a bike being attacked in Asia. Having said that, naturally, as a woman it pays to stay attentive and not take unwarranted risks.
The biggest worry for women cyclists, as it is with women backpacking through Asia, are the social hassles; unwanted, annoying local males, and the basic drill for keeping such things to a minimum is the same for both modes of travel.
Wear modest clothes as much as possible. Make sure your tee-shirt or shirt is loose fitting and doesn't show too much flesh. Think about having a pair of loose, cotton Indian pants to cycle in/change into when you think it's appropriate.
It pays to act conservatively in public so as not encourage the misguided local view of Western women as 'brazen sex maniacs'. What's perfectly normal at home may startle the locals.
How do the locals view Western women? Now, before I get a flurry of flame males from my outraged Western cycling sisters, give me a little space here to lay down the facts as I see them, and it may be of some help.
Speaking very broadly, Western women don't have a good reputation in Asia. The basic negative, uneducated, view of Western women is one of young bodies cavorting around Asia, sleeping with anything in pants, showing off a lot of skin, drinking, taking drugs, talking loudly, swearing, making jerky movements and generally inflaming the passions of the local males.
The mother of my good Thai friend, Suda (a woman), once said to her: "Oh, those Western women, they've just gotta have it all the time!"
Suda, who used to live in Australia, naturally replied: "Wh-at?!" Her mother went on to explain that really, she didn't have a problem with this, it was just the way Western women were. Hmm, very liberal of Suda's mother, however misguided.
Even swimming in a full, one piece bathing suit is considered bad taste for women in Cambodia. So short of taking a dip in full chador, you're scarlet in the eyes of the local population.
Remember that besides a very conservative culture, you are also dealing with people who have probably not travelled out side their own home country, and may not have read or seen anything that is not in their newspapers or on their TVs. This limits the breadth of understanding severely.
On the other hand, within the local cultural context, some of this negative view is warranted. In Thailand, for example, Westerners often go ape in some beach resort areas, walk into monasteries in low cut tops and sit around in public, in shorts, with their arms around their boyfriend. Trust me, the local women are watching and are taking note.
It's no use saying: "Oh, I've seen local women do much worse!" These local women, also, are borderlined by the mainstream.
One of the most interesting cases I've seen was on a train in Sri Lanka travelling up through the mountains. A young twenty something Belgian girl got on, wearing a T-shirt and loose conservative short pants. So far so good.
She was travelling with her boyfreind, both well scrubbed, fresh faced, well meaning looking tourists. Honest, conservative, caring looking young folk, probably planning on getting married and having 2.4 children, much to the delight of the grand parents back home. OK, we're looking good!
With her boyfriend, and sat down opposite. The carriage was crowded with families, going off to visit relatives and enjoying a religious holiday.
For most of the trip the belgian girl sat
cally, Asia is very conservative and "proper" Asain female behaviour means no extra skin on show: no shorts or low cut tops. The correct body language is demure: no crossed legs and no jerky movements (which enflame the male!)
Serious assaults. Assaults on women tourists in Asia have been known to happen, and you can simply be in the wrong place at the wrong time. The few serious assaults I've read about have either happened in the heavy tourist spots associated with drugs and alcohol, or way off in the 'jungle' regions where the women have gotten very isolated.
The lesson here is to not stray too far off the beaten track alone. Stick to the main routes where there's enough cars going past to every now and then to add a little security in numbers.
Camping out or a hotel? As a woman cycling alone I would take care to not sleep out in a tent at night, or doss-down in a disused building of any sort.
My rule would be to make it to the next hotel, or family house, without fail, each night. This is not at all difficult to do in Asia, and in all my own ten years of riding Southeast Asia I never been caught out.
The Canadian experience. Some years back I met a Canadian woman cycling alone in southern Thailand, after which we cycled together for a few days up to Bangkok. She said her experience alone had been on the whole 'very good'. At the same time, she was happy to have a guy to cycle with, if only to ward off the curious local male approaches she sometimes encountered.
The local women. As a woman, whatever hassles you do encounter, will be compensated to some degree by the attention the Asian women will give you - you'll be invited into their houses and made to feel extremely welcome, something that is not my experience as a male cyclist.
The local women will also immediately come to your aid should there be any trouble. Their views of Western women notwithstanding, they have no illusions about their own men folk.
Which country is safest? Thailand, Cambodia, Malaysia, Singapore and Vietnam are very safe and relatively hassle free.
Parts of Indonesia can be a socially uncomfortable. The 'young, frustrated, Muslim man' factor can be a pain for Western women.
Laos is very safe and easy along the main routes, but may be dicey way out in the northern hill areas, where reports of bandits and thieves still come in.
Peep holes. Some places seem to be big on peep holes into hotel rooms. I hate to say it, but some Muslim
sobota, 8 stycznia 2011
bieguni
w zasadzie umieszczanie cytatów nic nie wnosi...ale ten jest jednym z moich ulubionych...a w końcu to mój blog:)
"Są rzeczy, które dzieją się same, są podróże które zaczynają się i kończą we śnie, i są podróżnicy, którzy odpowiadają na bełkotliwe wezwanie własnego niepokoju"
ech ta Tokarczuk:)
w żołądku już mi rosną motyle ekscytacji.
"Są rzeczy, które dzieją się same, są podróże które zaczynają się i kończą we śnie, i są podróżnicy, którzy odpowiadają na bełkotliwe wezwanie własnego niepokoju"
O. Tokarczuk "Bieguni"
w żołądku już mi rosną motyle ekscytacji.
czwartek, 6 stycznia 2011
intro
To będzie historia o tym, jak marzenia zamieniają się w plany. I kiedy już znajdą się w tej postaci, wystarczy je zrealizować.
Wierzę w magię dat i przełomowe momenty w życiu, robię postanowienia noworoczne, stosuję diety od przyszłego tygodnia, a od poniedziałku na pewno przestanę spóźniać się do pracy.
Postanowienie urodzinowe na trzydziestkę- spełnić marzenie. Kupiłam więc bilet do Wietnamu, rower, przewodnik i ...staruję 13 marca:):)
Do tego momentu będziecie towarzyszyć mi w przygotowaniach. Nadmienię, że nie jestem specjalnie doświadczonym ani podróżnikiem, ani rowerzystą...kochani, będzie jazda:):):)
Zapraszam serdecznie
Wierzę w magię dat i przełomowe momenty w życiu, robię postanowienia noworoczne, stosuję diety od przyszłego tygodnia, a od poniedziałku na pewno przestanę spóźniać się do pracy.
Postanowienie urodzinowe na trzydziestkę- spełnić marzenie. Kupiłam więc bilet do Wietnamu, rower, przewodnik i ...staruję 13 marca:):)
Do tego momentu będziecie towarzyszyć mi w przygotowaniach. Nadmienię, że nie jestem specjalnie doświadczonym ani podróżnikiem, ani rowerzystą...kochani, będzie jazda:):):)
Zapraszam serdecznie
Subskrybuj:
Posty (Atom)